To miał być najgorszy urlop w życiu. Serio. Lecieliśmy do Barcelony, ja i Kasia, od dwóch lat razem, żeby „odnaleźć iskrę” – jak to ujęła terapeutka jej koleżanki. Iskra? More like wilgotna zapałka w tunelu. Od roku rozmawialiśmy tylko o rachunkach i o tym, kto wyniesie śmieci. Samolot, hotel, plaża, tapas – wszystko było idealne i wszystko było plastikowe. Chodziliśmy obok siebie, nie ze sobą.
Czwartego dnia złapał nas deszcz. Ulewa, jakiej nie widziałem nawet w Polsce. Zatrzymaliśmy się w jakiejś kafejce przy wąskiej uliczce. Siedzieliśmy przy stoliku, piliśmy gorzką kawę i udawaliśmy, że czytamy coś w telefonach. Cisza między nami była gęstsza od tego deszczu za oknem. Czułem, że zaraz eksploduję. Albo zapłaczę. Albo oboje.
W mojej głowie kołatała się jedna myśl: „Muszę coś zrobić. Cokolwiek. Jakieś wydarzenie. Szok. Cokolwiek, żeby ten dzień nie był kolejnym rozdziałem w podręczniku 'Jak się rozstać elegancko'”. W desperacji, przewijając bezmyślnie Facebooka, zobaczyłem reklamę. Jasne, wycelowaną. Kolorową. Nie wiem, dlaczego wtedy na nią kliknąłem. Może dlatego, że było tam słowo „przygoda”. A ja tak bardzo potrzebowałem przygody.
To było vavada casino. Strona wylądowała na ekranie. Kasia patrzyła w swój telefon, kompletnie mnie ignorując. Pomyślałem: „Dobra. Zagram. Stracie może z 50 euro. Będę się potem przez godzinę wkurzał na stratę kasy, to przynajmniej będę czuł coś innego niż tę martwotę”. Bez większego przekonania zarejestrowałem się. Wpłaciłem 100 euro – równowartość dwóch kolacji, które i tak pewnie zjedlibyśmy w milczeniu.
Wybrałem pierwszą grę, jaką zobaczyłem. Automat o nazwie „Gates of Olympus”. Greckie bogowie, kolumny. Ironia losu – prosiłem o interwencję z Olimpu w sprawie mojego związku, a dostałem sloty. Zacząłem klikać. Mechanicznie. Patrzyłem, jak spadają te kamyczki z symbolami, z wzrokiem pustym jak moje nadzieje. Kasia nawet nie zauważyła, co robię. To było dołujące.
Wpłaciłem kolejne 50. Potem jeszcze 50. Saldo topniało. Czułem głupie poczucie sprawiedliwości: życie jest do dupy, więc i kasyno mnie doi. Idealne. Miałem już zamknąć przeglądarkę, gdy Kasia w końcu się odezwała.
– Co ty tam w ogóle robisz? – zapytała, nie podnosząc wzroku.
– Gram – burknąłem. – W vavada casino. Tracę nasze pieniądze na głupoty. Pasuje do reszty.
Uniosła wzrok. Było w nim zdziwienie, a potem coś w rodzaju ciekawości.
– Po co?
– Żeby się zdenerwować! Żeby poczuć cokolwiek! – wybuchnąłem ciszej, żeby inni goście nie słyszeli. – Bo tutaj, między nami, jest zimniej niż w tej kawie.
Popatrzyła na mnie przez chwilę. Potem, nie mówiąc słowa, odsunęła swój fotel, podeszła i stanęła za mną, patrząc na ekran.
– No to graj dalej – powiedziała sucho. – Jak już masz tracić, to przynajmniej na moich oczach.
Byłem wkurzony, upokorzony i miałem ochotę rzucić telefonem. Zamiast tego, z ironicznym przekąsem, wcisnąłem przycisk spin po raz kolejny. Wszystko na maksa. Ostatnie 20 euro. Myśl: „Niech się skończy”.
Rolki się zakręciły. I wtedy stało się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Symbol Zeusa zablokował się na środkowej rolce. Rozległ się grzmot. Potem kolejny symbol się zablokował. I kolejny. Ekran zaczął migotać, wybuchać animacjami. Licznik wygranej… oszalał. Zaczął skakać: 200, 500, 1000, 5000… W końcu zatrzymał się na absurdalnej, nieprawdziwej liczbie: 17 430 euro.
Siedziałem w kompletnej ciszy. W szoku. Słyszałem tylko plusk deszczu o szyby i własny oddech. Kasia zacisnęła dłoń na moim ramieniu. Tak mocno, że aż zabolało.
– Co… co się stało? – wyszeptała.
– Nie wiem – odparłem, głuchym głosem.
To nie była euforia. To był całkowity paraliż. Paraliż szczęścia. Przez minutę gapiliśmy się na ten ekran, na tę cyfrę, która nagle zmieniła wszystko. Pierwszy raz od roku poczuliśmy to samo, w tym samym momencie. Szok. Niedowierzanie. Strach.
Potem, jak na komendę, wybuchnęliśmy śmiechem. To był ten stary, niekontrolowany, szczery śmiech, który pamiętałem z początków naszego związku. Śmialiśmy się do łez, tuląc się do siebie, patrząc na ten głupi ekran z greckimi bogami. To nie była wygrana. To była terapia szokowa. Uderzenie pioruna, które rzeczywiście przyszło z Olimpu.
Wypłata zajęła trochę czasu, ale poszła gładko. vavada casino przelało pieniądze bez problemu. Ale najważniejsze wydarzyło się, zanim jeszcze wstałem od stolika. Kasia przysunęła swój fotel, objęła mnie i powiedziała coś, czego nie mówiła od miesięcy: „Jesteś kompletnym wariatem. I chyba za tym tęskniłam”.
Reszta urlopu była inna. Nagle mieliśmy wspólną, szaloną tajemnicę. Wspólny absurdalny sukces. Rozmawialiśmy o tym, na co wydamy te pieniądze. Postanowiliśmy, że nie wydamy ani grosza na codzienność. Kupiliśmy dwa bilety na koncert jej ulubionego zespołu w Londynie. I zarezerwowaliśmy weekend w prawdziwym, starym zamku w Szkocji. Głupio? Pewnie. Ale to była nasza głupota.
Czasem myślę, że ta wygrana wcale nie była o pieniądzach. To był pretekst. Iskra, której tak szukaliśmy. Wylądowała nie w romantycznej kolacji, ale na ekranie telefonu w zapchanej kafejce, przez kliknięcie w chwili głębokiej frustracji. I okazało się, że vavada casino było tylko sceną. A my, po roku, znów graliśmy w tej samej drużynie. Tym razem wygrywając.